Z utęsknieniem czekam na słoneczny weekend, lecz w tym roku w Szkocji słońca jak na lekarstwo. Ładne dni zdarzają się raczej w tygodniu, no ale niestety praca nie pozwala mi na żaden wypad. Nareszcie w którąś niedzielę - wycieczka jednodniowa.
Po krótkim zastanowieniu i konsultacjach z przyjaciółmi , wybór pada na wyspę Bute znajdująca się na zachodnim wybrzeżu Szkocji.
Na Central Station w Glasgow kupuję bilet za 18 funtów –all day cheap return for Bute- na pociąg Glasgow-Wemys Bay, prom Wemys Bay-Bute, lokalny transport na wyspie i wejście do muzeum, pierwszego ‘domu’ z elektrycznością w UK.
Jako że w Szkocji nieprzewidzianych przygód co nie miara – odcinek z Glasgow do Paisley jedziemy pociągiem, a za chwile trzeba wysiadać, bo wybuchł pożar na dalszym odcinku torów. Autobusy mają być podstawione, niestety nie przyjeżdżają i odcinek Paisley – Wemys Bay przejeżdżamy taksówkami, oczywiście na koszt kolei.
Zabytkowy dworzec Wemys Bay, zdobywca kilku nagród za architekturę i renowację, wita nas żółtymi prześwitami. Mam stąd minutę na prom.
Po 30 min jesteśmy na miejscu w Rothesay , największym miasteczku na wyspie. W samym centrum usytuowany jest zamek, całkiem dobrze odrestaurowany, jednak to nie on jest naszym celem. Wsiadamy w lokalny autobus i jedziemy do Mont Stuart House, autobusem wzdłuż malowniczego brzegu. Mijamy małe kościółki, zabytkowe domy, gdzieniegdzie jakaś ruina zarośnięta krzewami. Można także zobaczyć foki wygrzewające się na kamieniach. Wszystko to daje wspaniały sielankowo-relaksacyjny klimat. Jesteśmy daleko od miasta, tego nam było trzeba.
W Mount Stuart opcji spacerowych jest kilka. Cała posiadłość to pałacyk otoczony sporym ogrodem. Jako że czasem warto pójść nie utartą ścieżką polecam spacer przez ten ogród, zwłaszcza dróżkę przy linii brzegowej. Dla zmęczonych – najprostszym sposobem dostania się do posiadłości jest bardzo stylowy traktor – co 30minut z visitor’s centre do pałacyku.
Sam dom prezentuje się bardzo okazale, wygląda jak mały pałac z dobudowaną kaplicą.
Jego architektura bardzo przypomina mi muzeum Kelvingrove w Glasgow. Wnętrze domu jest bardzo zadbane i bogato wyposażone. Ogromne łoża z XVII i XVIII wieku, pięknie wyposażona biblioteka, wiele włoskich pejzaży, ogromna jadalnia z przepięknym kryształowy żyrandolem, jasna kaplica, cała z jasnych marmurów, wypełniona kolorowymi jasnymi światełkami wpadającymi przez witraże prosto na ołtarz i pierwsze rzędy. Dom był zamieszkiwany kilka pokoleń przez ród Bute, najbogatszych ludzi na wyspie , skąd wywodzi się nazwa wyspy.
Polecam spróbować rybki na lunch – świeże, na samym wybrzeżu z widokiem na góry, zatokę i kutry smakują zupełnie inaczej niż fish & chips w Glasgow.